Blog Perfumowany
czwartek, 10 lutego 2011
Flakonik należy zamykać

Zawsze należy zamykac flakonik perfum - inaczej szybciej wietrzeją, w perfumach zachodzą reakcje chemiczne, nabierają "alkoholowej" nuty, zapach się rozrzedza. Z blogiem jest tak samo.

Dlatego po ponad trzech latach, czas się pożegnać. Było super. Dzięki blogowi na Bloxie poznałam co najmniej kilkunastu arcyciekawych blogerów i czytelników. No, ale wszyscy dorastamy, zmieniają się nasze zainteresowania i mnie to też dotyczy. Nie, żebym nie interesowała sie już perfumami, ale nie mam już czasu, by zdobywac informacje i pisać. A nie czuję się też komfortowo, kiedy Flakonik otwarty wietrzeje.

Tak więc, pięknie dziekuję wszystkim, którzy mnie przez te lata odwiedzali. Bloga nie kasuję, bo ma wartość archiwalną - w końcu część opisywanych zapachów to kalsyki, które zawsze będą poszukiwane. No i może kiedys mi się odwidzi i znowu tu wrócę.

Tymczasem, w razie potrzeby, jestem na Kawowym - stamtąd się nie ewakuuję.

Kłaniam sie pięknie.

Magdaro

http://www.invimed.pl/kontakt
11:45, mr_magdaro
Link Komentarze (6) »
wtorek, 21 grudnia 2010
Bezpiecznie znaczy dłużej. Testy karty BWZBK

W związku z tym, że perfumy często kupuje się w sieci, BZWBK zaprosił mnie do testów swojej nowej internetowej karty pre-paid. Dostałam 100 PLN na zakupy i pełne prawo do ewentualnego niezadowolenia z użytkowania testowanej karty. A że dywagacje czy blogerzy powinni w takie akcje wchodzić pozostawiam tym, którzy nigdy takich propozycji nie otrzymują, zgodziłam się bez wahania i dzisiaj piszę, czy warto z oferty BZWBK korzystać podczas zakupów w sieci.

Pomyślałam, że skoro nadarza się okazja, zrobię sobie prezent na święta i kupię troche wiosny we flakoniku, w sam raz na zimę. Od jakiegoś czasu mam zasadę kupowania 30 ml, bo przy takiej ilości flakoników jaką mam, 50 ml stoi u mnie 3 lata, czyli i tak się w większości marnuje. Przygotowując sie do tego miłego testowania nowej karty dopytałam najpierw w www.zapachrozy.pl (znam włascicieli tego esklepu i wiem, że nie wciskają tureckich podróbek) czy mają trzydziestkę wybranych przeze mnie perfum, a jeszcze lepiej, w wersji testerowej. Mieli. Musiałam tylko do konta w BZWBK dorzucić parę groszy do tej stówki. I tu się zaczął problem.

Nie jestem może internetowym geekiem, ale zawsze udawało mi się intuicyjnie obsłużyć nowy serwis. Założenie konta na stronie www.prepaid.bzwbk.pl jest proste jak założenie skrzynki mailowej. Szybka rejestracja to zdecydowany plus (jak próbowałam tego samego z mBankiem w roku 2003, dopiero po 5 - słownie: pięciu - latach oddzwoniono do mnie, że w 2003 nie dokońcyłam rejestracji i czy miałam jakiś problem. no comments...). Zakładając sobie kartę interentową musimy podać co prawda trochę danych osobowych jak adres czy pesel, a to zawsze budzi we mnie opór, no, ale mówimy w  końcu o bankowości internetowej i jakieś dane trzeba przecież podać.

Internetowa karta BZWBK, jak pełna nazwa wskazuje, to pre-paid: wpłacamy na nia kasę, a potem za jej pomocą płacimy za zakupy w sieci. Oczywiście to samo możemy zrobić za pomocą karty VISA z naszego konta, ale to już jest mniej bezpieczne, bo wystarczy przejąć kilka informacji (numer karty, nasz adres, kod cvw czy jak mu tam) i już ktokolwiek może sobie płacić nasza kartą za zakupy. Biorąc to pod uwagę, karta pre-paid, nie będąc połączona z naszym kontem, jest bezpieczniejsza. Możemy na niej przechowywac tylko tyle srodków, ile potrzebujemy na zakupy w najbliższym czasie. A zasilać ją środkami możemy w prosty sposób za pomcoą Blue Cash, dzięki czemu kasa natychmiast przepływa z mojego konta bankowego na kartę pre-paid.

Co ja powiedziałam? W prosty sposób? Być może miałam pecha, ale Blue Cash tylko wydłużył u mnie procedurę zasilania konta. Jesli bankowi BZWBK zależało na feedbacku od testujących, to niniejszym go daję. Brak ostatecznego komunikatu po przejściu przez system Blue Cash wprowadza użytkownika w błąd, o frustracji nie mówiąc. Najpierw jakies nielogiczne doliczanie złotówki do przelewu. Ok, myślę sobie, jeśli musze sobie dopłacić 55 zł, a za przelew (btw to trochę obciach) bank pobiera mi złotówkę, to chcąc dodać do konta 55 zł, musze przelać 56. Ok, wpisuje 56 i idę dalej. Ale dalej się okazuje, że jednak złotówka doliczana jest automatycznie i z mojego konta zostanie pobrane 57 zł. A miało być 56. Dobra, cofam się i poprawiam (wolę złotówkę wrzucić panu z akordeonem w tramwaju). Ide dalej. Na ostatniej planszy blue cash wyświetla mi polecenie, żebym połączyła się ze swoim bankiem. Klikam. No i zonk. Jestem na swoim koncie bankowym w innym banku, ale nie wiem, co mam teraz zrobić. Czy kasa została pobrana automatycznie poprzez kliknięcie i zalogowanie się do konta? Czy może mam zrobić przelew? A jesli tak, to co mam wpisac w tym przelewie, bo nie wiem?

Wkurzyło mnie to. Olałam więc opcję Blue Cash i po prostu zrobiłam sobie standardowy przelew internetowy. Poczekałam co prawda dzień, aż środki znajdą się na koncie, ale przynajmniej czułam, że panuję nad transakcją.

Koniec końców, perfumy kupiłam, pięknie dziekuję za częściowy sponsoring bankowi oraz za cierpliwość sklepowi Zapach Róży, który poczekał aż się uporam z blue cashem. Co do testowanego produktu, nie uważam, zeby była to rewolucja na rynku płatności (istnieje sporo alternatyw), ale nie zmienia to faktu, że internetowa karta pre-paid ma swoją dużą zaletę - transakcje za jej pośrednictwem są dużo bezpieczniejsze niż przy użyciu kart powiązanych z normalnym kontem, na którym przechowujemy większość naszych pieniędzy. Jesli więc cenicie sobie bezpieczeństwo, często robicie zakupy w sieci i nie przeszkadza Wam, że za kazdy przelew potrącają Wam złotówkę (za wycofanie środków też), to oczywiście polecam. Osobiście raczej nie będę korzystać. Internet odzwyczaił mnie od czekania i czas potrzebny na zasilenie środkami, wyliczanie ich, żeby nie uwięzić ich na koncie, raczej do mnie nie przemawiają.

PS: Podziękowania dla realizującej testy agencji 121 PR i Łukasza Debskiego, który dzielnie próbował mi pomóc z trudnościami z Blue Cashem, ekspresowo odpowiadał na wszystkie pytania i cierpliwie czekał, az się zmobilizuję do podzielenia wrażeniami.

14:02, mr_magdaro
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 listopada 2010
Marry me! Jak się oświadczyć lolitce.

Szukając informacji o nowych perfumach Lanvin o cokolwiek jednoznacznej nazwie "Marry me!", wpadłam na opinię na tym blogu. Najpierw się uśmiałam szczerze. Rozbawiła mnie reakcja autora. Jakoś szczególnie mnie tez nie zdziwiła, wszak zapach pospolity. A jednak ładunek emocjonalny, który płynie z tej recenzji każe przypuszczać, że może ona miec jakieś wyjątkowo subiektywne konotacje zakotwiczone w życiu osobistym jednostki. Dlatego pozwalam sobie na słówko od siebie.

Zgodzicie się ze mną, że oświadczyny rzecz nie łatwa. Los na szcześćie przydzielił mi tą końcową kwestię i nie musiałam główkowac, jak zadać to ważne pytanie. Ale potrafię sobie wyobrazić, że w natłoku seriali i komedii romantycznych eksplorujących na miliony sposobów temat proszenia o rękę i wbudzających w czekających na to co bardziej tkliwych niewieścich sercach wygórowane wymagania, sprostanie im jest nie lada wyzwaniem.

Toteż, widząc nazwe nowego zapachu Lanvin, pomyślałam sobie, this is it!, pierwsi, którzy za tym pójdą, mają szansę zagrać oryginalnie i prosto. No bo sobie wizualizuję to jako całkiem sprytne i bezpieczne. Dostaje taka kobietka flakonik z napisem "Marry me!" i - scenariusz A - cytuje klasyka "Yes, yes, yes" tudzież - scenariusz B - udaje, że nie wie o co chodzi i mówi, ach tak, nowy zapach Lanvine, czytałam o nim. Czyż to nie bezpieczne i zgrabne dla obu stron?

No, ale świat byłby zbyt piękny, gdyby można było sobie takimi perfumkami załatwić sprawę. Niestety dla tych którzy już sobie moje rady wzięli do serca i pędzą już do perfumerii, Lanvin się nie popisał.

Z kobietami tak już jest, że ważne wydarzenia w życiu sa dla nich bardzo groźne. Na ten przykład ślub czy narodziny dziecka potrafią im zmienić mózg w pulpę. Taka narzeczona własciwie czasem w ferworze przedślubnych przygotowań zapomina o bożym świecie, ale na pewno nie o tym, ile odcieni różu mają slubne kwiatki i do ilu kuzynek trzeba napisac, żeby nie zapomniały przypiąć sobie do sukienki różowej wstążeczki, bo wszystko przeciez musi pasować do odcienia lakieru do paznokci. Wiem, nabijam się, ale lektura for dyskusyjnych, które czasami podrzucamy sobie ze znajomymi, kazała mi mocno zweryfikowac zdanie na temat poziomu labilności mojej płci.

Wczoraj, wąchając "Marry me!" przypomniałam sobie o tym zjawisku. I pomyślałam, że te wszystkie panny to jest idealny target dla tych perfum. Słodziutkie toto, płyciutkie, skupione na tu i teraz, na koniec pachną niczym dezodorant Limara, z tym, że akurat w przypadku Limary nie chodziło o zapach, tylko o zbieranie kolorowych opakowań (btw, pamiętacie reklamę dezodorantu Limara? jedna z pierwszych kolorowych reklam w latach 90., do dzisiaj pamiętam panią w białym ręczniku i plaże pełną flamingów...!).

"Marry me!" to mieszanka pomarańczy, magnolii, róży i jasminu. Dla mnie absolutnie zabójcze połączenie. Mogę sobie powąchac na kimś, ale sama raczej szybko rozwiodłabym się z tymi perfumami. Jestem w stanie zrozumieć, że niektórym może się podobać. Polecałabym jednak raczej podlotkom, a tym, którzy gustują w kwiatowych kompozycjach, zdecydowanie zalecam dalsze poszukiwania.

W kwestii proszenia o rękę, "Marry me!" na pewno zadziała na lolitkę, ale na prawdziwą kobietę... chłopaki, po prostu porządny męski zapach łapiący od razu za kibić. I nie ma wtedy,  że nie!;)

A na koniec, wspomniana reklama dezodorantu Limara. Jakość już nie ta, ale charakterystyczna muzyczka aż mi zakręciła łezkę w oku...

 

czwartek, 04 listopada 2010
Attraction Lancome. Wielki nieobecny

Lancome wprowadził zapach Attraction, kiedy zaczynałam studia. Trochę dawno. Ale nie aż na tyle, bym mogła pojąć, gdzie podziały się te perfumy, że tak trudno je uświadczyć w polskich perfumeriach. A szkoda.

Lubiłam ten zapach i po latach przypomniała mi o nim Magda z Arabii Saudyjskiej (za to kocham internet:). I rzeczywiście, od lat nie widziałam ich na półkach. Na szczęście, dzisiaj nie musimy się tym przejmować, bo perfumy można zamówić w sieci i dostac do rąk własnych bez zbędnej fatygi.

Attraction to zdecyowanie zapach, który określam mianem "cielesnego". Przykleja się do nas jak druga skóra i tak też trochę pachnie. Wiem, ze na niektórych czuć go kwiatami i wanilią. Jednak dla mnie Attraction to zdecydowanie cedr, paczula, ylang-ylang i toberoza (moja ulubiona). Cała reszta, jakieś irysy, jakies róże - są na dalszym planie. Całość jest jak wygrzane łożko, bardzo zmysłowa, bardzo ciepła, ale nie orientalna. I estetyczny flakonik, i fajny kolor. I trzyma się cały dzień. Po prostu lubię to.

Ale już zdecydowanie nie lubię takich reklam jak te, które owe perfumy maja reklamowac. Błagam. Czy naprawdę nie da się inaczej pokazac zmysłowych, kobiecych perfum? Szczerze mówiąc, na pewnym etapie doświadczenia seksualnego dla dorosłych ludzi oglądanie jakiejś pary tarzającej się w pościeli i udającej, z podejrzanie obłędnym spojrzeniem, że dostaje orgazmu na sam dotyk czyjegos nadgarstwa na karku... no to jest lekka żenada, a w najlepszym wypadku wywołuje pobłażliwy uśmiech. Albo mnie wkurza sprzedawanie gołymi cyckami, nie wiem.

Są gusta i guściki. Ale nie zrażajmy się tym. Jeśli Wam się przydarzy napotkać Attraction, spóbujcie, choćby po to, żeby wiedzieć, czym to pachnie.

Ps: Pozdrowienia dla Magdy, która mi o Attraction przypomniała:)

 

 

wtorek, 19 października 2010
O wielorybach, Casanovie i nowym zapachu J. del Pozo

Przypuszczam, że większość z Was na swojej półce z perfumami znajdzie takie, które w swoim składzie maja ambrę. Ten ceniony składnik dodawał sobie do czekolady Casanova, wierząc, że wzmocni to jego "męski potencjał". Nie każdy jednak wie, że ta niezwykle cenna substancja ma całkiem zwykłe pochodzenie. Powiedziałabym nawet, nazbyt zwykłe...

Ambra, Drodzy Państwo, pozyskiwana jest z wnetrzności wielorybów, głównie kaszalotów. Powiem więcej, dokłądnie, to ambra jest szarobrunatną, woskowatą, lżejszą od wody mazią, która znajduje się w jelitach wielorybów. A mówiąc jeszcze więcej, jest wynikiem niestrawności i zaparć tychże.

Kto by pomyślał, że jeden z najcenniejszych składników perfumiarskich wydalany jest razem z odchodami wielorybów, tudzież wyjmowany z rozpłatanych brzuchów. Słabo?

Ambra, poza organizmem wielorybów, występuje w postaci bryłek. Jest niezwykle cennym składnikiem w perfumiarstwie. Bryłki sie bardzo długo rozcieńcza, a następnie otrzymana zawiesinę jeszcze dłużej (kilkanascie miesiecy) wstrząsa we wstrząsarkach. Wstrząsające, prawda?;)

Niektóre źródła podają, że ambra ma zapach morza i końskiego potu, inne - że pachnie żywicą i kadzidełkami. Ta druga wersja jest znacznie bliższa temu, co my możemy wyczuć w perfumach. Moim zdaniem, choć ambra jest bardzo waznym skłądnikiem perfum (doskonale je utrwala), to jest również nutą bardzo trudną. Charakterystyczny, kadzidlany zapach potrafi zdominować całą kompozycję i mimo kunsztu perfumiarskich nosów, upodabnia do siebie perfumy, w których ma rolę wiodącą.

Dlatego zabierając się za nowy zapach J. del Pozo "Ambar" nie spodziewałam się szału. Ale spodobał mi się flakonik, nawiązujący kształtem do bursztynu, o pięknej linii i bursztynowej barwie, z gustowną, srebrną zawieszką. Nice. No ale nie chodzi przecież o to,żeby mieć ozdobę na półce.

Na skórze "Ambar" wyraźnie ewoluuje przez wszystkie trzy fazy. W każdej z nich ambra - zawarta w nucie bazy - jest wyczuwalna coraz mocniej. Poczatkowo zapach skojarzył mi się z "Milano" Prady. Ale ciąg dalszy jest inny niz u Prady. "Ambar'" to propozycja dla kobiet lubiących wyraziste zapachy. Jest jak podpis. Kardamon, irys, peonia, cedr i szałwia, w otoczeniu ambry, to dla miłośników perfum wiele mowiąca kombinacja.

Kobiecy, zmysłowy i ciepły "Ambar" J. del Pozo polecam zdecydowanie miłośniczkom orientalnych klimatów. Juanie Gatti, projektantce zapachu, udało się ująć ambrę bardzo oryginalnie. Perfumy sa nieco "przypudrowane" i początkowo mogą zrobić mylne wrażenie delikatnych, w rodzaju "Sensuous" Estee Lauder, ale po którkim czasie stają się bardziej intensywne, wyraziste i nie maja w sobie nic z cielesności zapachu Lauder. Dla jednych to wada, dla innych zaleta. Dlatego warto najpierw ponosić i zdecydowac, czy takie natężenie nam odpowiada. Zdecydowanie jednak polecam "Ambar", wraz z pozostałymi dwoma wymienionymi perfumami, jako opcję na jesień. podobno już niedługo ma nas zaskoczyć zima, więc warto się przygotować za wczasu.

 

wtorek, 18 maja 2010
Take your Chance!

Czekałam z ciekawością na trzecią wersję perfum Chance od Chanel. Do klasycznego zapachu dołączyła najpierw wersja Eau Fraiche, a ostatnio - Eau Tendre.

Na początku zamierzałam napisać tylko o najnowszym dziecku Chanel, ale właściwie o Chance nigdy wcześniej tu nie pisałam. Co nawet dość dziwne, bo dwóch pierwszych wersji używam, najczęściej na poprawę humoru (co znamienne). Doszłam zatem do wniosku, że to dobry moment, by podzielić się wrażeniami i być może pomóc niezdecydowanym wybrać wersję dla siebie.

Trylogia Chance to nie seria, która ma to do siebie, że zapachy nie muszą ze sobą korespondować na polu składników – przykładem jest „portowa” seria Diora (Portofino i Pondichery). W przypadku Chance mówimy o trzech wariacjach na temat tej samej bazy, a o charakterze każdej z wersji przesądzają dwa-trzy dodatkowe lub po prostu wyeksponowane składniki. Mimo, że serwisy o kosmetykach podadzą Wam klasyczny podział nut, to Chance zwracają się już tak naprawdę w stronę popularnej od jakiegoś czasu tendencji holistycznego ujęcia zapachu, który prawie cały czas brzmi tak samo.

Zgodnie z tym, Chance będzie miała w sobie: hiacynt, ambrę, drzewo cedrowe, jaśmin, irys i białe piżmo. I teraz to, co je odróżni:

Chance, wersja klasyczna: to różowy pieprz, wyraźna nuta wetiweru i cytrusy. Dzięki podbiciu tych nut zapach wydaje sie kwiatowy w ten specyficzny, momentami kwaskowy sposób. Słodki jak cukierki z musującym wnętrzem. Moim zdaniem kwiatowo-owocowy, choć zdaniem producentów - po prostu kwiatowy. Momentami przypomina mi elegancką i dojrzałą Mademoiselle.

Chance Eau Fraiche: to mój faworyt. Intrygujący, momentami męski, słodki, ale drapieżny. Musujący, drzewny. To zasługa drzewa teakowego i wodnej wersji hiacyntu. Energetyzujący, nie tak oczywisty. Jeśli o mnie chodzi, mój faworyt. I znowu, wg producentów, zapach musująco-kwiatowy. Moim zdaniem musująco-drzewny.

Chance Eau Tendre: słodki, kwiatowy, delikatny, subtelny. Bardziej wyrazista niż grejpfrut jest tam pigwa. I to mi chyba najbardziej przeszkadza. Może po Eau Fraiche, która byłam zachwycona, miałam zbyt duże oczekiwania. Eau Tendre, przypominający mi bardzo mocno Miracle Lancome, troszkę mnie rozczarował. To jednak rozczarowanie czysto subiektywne, po prostu taka kompozycja na mnie pachnie jak różowa landrynka, taką mam skórę. Za to na mojej teściowej Eau Tendre pachnie rewelacyjnie. Jak poranek w ogrodzie albo inna romantyczna chwila.

Moim zdaniem najbardziej oryginalna kompozycja z tej trójcy to Eau Fraiche. Nie przypomina niczego poza samą sobą. Pozostałe z czymś konotują: klasyczna Chance z Mademoiselle, a Eau Fraiche - z Miracle. Ale nie uważam tego za minus. Wręcz przeciwnie, to cenna wskazówka dla tych, które chciałyby coś zmienić, ale niekoniecznie radykalnie. Osobiście na przykład zamiast Miracle wolałabym Eau Fraiche, bo jest bardziej nieoczywista. A, i jeszcze jedno: w najmłodszej Chance jakby zabrakło tej mocy z dwóch poprzednich kompozycji. Dość szybko się ulatnia. Może jednak tak ma być: w końcu Eau Fraiche w zamyśle twórców to delikatny zapach dla eterycznych dziewcząt.

Miło mi zatem polecić każdą z trzech wersji. Do wyboru, do - nomen omen - koloru!

 

poniedziałek, 29 marca 2010
Przewodnik po kategoriach II: Orient

Ze wszystkich perfumeryjnych kategorii ta chyba jest najcelniej rozpoznawalna przez laików, głównie ze względu na charakterystyczny aromat ambry. Określane przez zwolenników jako ciepłe i zmysłowe, przez innych zaś odbierane jako "duszące", perfumy orientalne potrafia sie od siebie bardzo różnić. Wszystko zależy od tego, jakie składniki w nich przeważają.

W perfumach orientalnych możemy znaleźć nuty znanych nam z kuchennej szuflady przypraw, takich jak cynamon, goździki czy gałka muszkatałowa. Bardzo popularnym składnikiem perfum orientalnych jest oczywiście wanilia, a zupełnie nieoczywistym - kojarzący nam się z chudymi latami PRLu goździk. Nuty kwiatowe pojawiając się w perfumach orientalnych mają zazwyczaj za zadanie lekko "upudrować" zapach. To, co szczególnie lubię w tego rodzaju zapachach to zupełnie inna niż w zapachach chyprowych ekspozycja akcentów drzewnych - dodatki drzewa sandałowegu, aromat cedru w orientalnym anturażu są lekko przydymione, kadzidlane.

Ponieważ jestem zwolenniczką żonglowania zapachami w zalezności od pory dnia, nastroju czy okazji, polecam kompozycje orientalne na wieczór, jak się pewnie domyślacie. Orientalne zapachy świetne sprawdzą się również w miesiącach chłodnych. Na koniec warto pamiętać, że tego rodzaju zapachy potrafią dodać lat i chyba najmocniej ze wszystkich kategorii oddziaływać na obriór nas przez innych. Na co dzień w biurze Addict Diora, Allure od Chanel czy Opium YSL mogą nawet zabić;)

 

piątek, 26 marca 2010
A może krótki kurs perfumiarski w Londynie?

Rozmarzyłam się. Ciągle nie mam czasu na takie przyjemności jak 3 dni w London College of Fashion poświęcone perfumom. W dniach 10-12 czerwca właśnie tam ze swoim kursem "Decoding Fragrance" wystąpi Denyse Beaulieu, paryżanka, autorka bloga Grain de Musc.

Beaulieu ma na koncie dwie książki, m. in. "Sex Game Book: A Cultural History of Sexuality", jest również członkiem Paryskiego Towarzystwa Perfumeryjnego (moje wolne tłumaczenie z franc. Société Française des Parfumeurs).

Podczas kursu Beaulieu dostarczy zarówno teoretycznej jak i praktycznej wiedzy o perfumach, opartej głównie na jej paryskich doświadczeniach. Przez trzy dni uczestnicy kursu będą mogli powąchać popularne naturalne i synetyczne składniki perfum i tworzyć własne kompozycje.

Chciałoby sie powiedzieć, że ślinka cieknie, ale wtym kontekście to troche nie licuje;) Jeśli ktoś miałby ochotę tak twórczo i zmysłowo spędzić trzy dni w czerwcu, to rejestrowac można sie na tej stronie.

Tagi: news
15:54, mr_magdaro
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 marca 2010
Orient Girl, czyli Springfield odurza.

Ale odurza pozytywnie. Pierwsza woda toaletowa dla kobiet wprowadzona przez odzieżową markę Springfield to paradoks: jest mocno orientalna w sposób subtelny.

Moda na perfumy marek odzieżowych trwa na dobre. Wśród nich zdarzają się koszmarki, jak w Marcs&Spencer, ale również niezłe zapachy w stylu kolekcji perfum marki Zara. Wprowadzony w październiku ub. r. zapach Springfield Woman dołączam do drugiej grupy.

Oczywiście nie należy spodziewać się perfumiarskiego kunsztu, ale uważam, że jak na tak niską cenę – 79 PLN/100 ml – SPF Woman jest naprawdę przyzwoitą propozycją.

Kompozycja nie każdemu przypadnie do gustu: to mieszanka nut cytrusowych i drzewiastych, z mocno zarysowanym kwiatowym akcentem, a wszystko przyprawione znanymi nam z orientalnych kompozycji przyprawami. Uprzedzam lojalnie, że całość jest początkowo mocno słodka i odurzająca. Ale – choć gustuję w zupełnie innych kompozycjach – przypadła mi do gustu. Głównie za sprawą tego, jak zapach rozwija się na skórze w ciągu dnia. Po wybrzmieniu pierwszych, słodkich nut, zostaje na nas miła mgiełka, coś jak zapach orientalnego balsamu albo świeżych ciasteczek. Jest słodko, ale nie mdląco. Taka orientalna dziewczynka.

Na koniec warto wiedzieć, że perfumy są bardzo mocne, więc jeśli zdecydujecie się na ich testowanie, skropcie jedynie nadgarstki. Na co dzień staram się używać ich właśnie „daleko od nosa”. Są niezwykle trwałe, co przy ich intensywności i nieroztropnym dawkowaniu mogłoby zabić mnie i moje otoczenie.

Polecam fankom kwiatowo-orientalnych perfum oraz oczywiście wszystkim springfield’s women. Tylko na zimę, a poza nią - ewentualnie na wieczór.

Perfumy do dostania w salonach Springfield.
Rodzaj: woda toaletowa
Cena: 79 PLN/100 ml.

wtorek, 23 lutego 2010
Nowa Chanel Chance: Eau Tendre

Są zapachy, których debiuty nie budzą we mnie większych emocji. Ale kiedy coś nowego wypuszcza Chanel, chocby miała to być - jak w tym przypadku - wariacja na temat znanego zapachu, czekam na to z ciekawością.

W ubiegłym tygodniu mieliśmy w Polsce premierę nowego zapachu Chanel Chance - Eau Tendre. Od pierwowzoru różnią go dodatkowe nuty: grejpfruta, pigwy, jaśminu, owoców i białego piżma. Jestem ciekawa tej propozycji, zwłaszcza, że bardzo udaną, intrygującą wariacją na temat Chance była zielona wersja Eau Fraiche. Wersja podstawowa Chance jest dla mnie zbyt słodka, wydaje mi się taką młodszą koleżanką Coco Mademoiselle, bardziej trzpiotliwą i na dłuższa metę męczącą. Eau Fraiche z kolei było propozycja nieco nawet chłopięcą, zaciagającą mocno cedrem, co mi szczególnie przypadło do gustu.

Twarzą Chance Eau Tendre została francuska modelka Sigrid Agren. Making of z kręcenia spotu, w którym Sigrid jest naprawdę zjawiskowo niewinna podwiesiłam Wam na YouTube i można go zobaczyć tutaj:

 

 

Na razie jeszcze nie miałam czasu sprawdzić na własnej skórze Eau Tendre, ale wiem, że pojawil sie już w Douglasie i pewnie lada chwila będzie dostępny w każdej większej perfumerii, więc polecam sprawdzić.Na razie musimy poprzestac na tym - jak tylko sprawdzę nowe perfumy, dam znać.

A na koniec można posłuchać wywiadu z Jean-Paulem Goude, autorem zdjęć czy raczej wizjonerem nowego zapachu Chanel:

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Blog Forum Gdańsk 2010 statystyka